Sto mililitrów szczęścia. Kilka kolejnych miesięcy, w których mogę znowu założyć na siebie cokolwiek, nawet worek na śmieci i czuć się jak w kreacji haute couture. Ubieram się w Ciebie dziesiąty rok. Codziennie.
Interesują się mną osoby, których ja nie chcę. I słyszę potem, odrzucasz miłość. Nie. To nie jest blog o tym, że miłość jest zła. Ani o tym, że w życiu trzeba być egoistą. Ale co pozostaje osobie, mnie, komuś kto dostał tyle razy w dupę, że tym razem postanowił ukryć się tak dobrze, by nie zobaczył go nawet Superman? Zawsze kiedy jestem chory myślę na opak. Właściwie to nie myślę. Przedawkowane tabletki na gorączkę wywołały na ciele wysypkę. Drapię się i myślę o byle czym, żeby drapać zaczęło w innym miejscu. W głowie. "Miłość do paradoksu jest rzeczą dobrze znaną, często prowadzi do niekonsekwencji. Sam padłem jej ofiarą, któregoś dnia, tak, zresztą innego... również". W głowie słyszę ciągle "bach, bach". Nie wiem czy to uderzenia gorąca czy głosy. Nie słucham żadnej muzyki, mimo że ostatnia płyta Agnieszki Chylińskiej, którą mam ustawioną non stop w iPodzie, jest jak wytrysk - pozwolisz przyjąć do ust, ale niekoniecznie musi Ci smakować. "Posługiwała się językiem jak penisem". Rzadka umiejętność. Christine Angot dotrzymuje mi towarzystwa w gorączkowym szaleństwie. Ona też oszalała. Dla kobiety. I z nienawiści do ojca, który gwałcił ją w dzieciństwie. Czytam i chłonę, chłonę i wyrzucam z siebie zdania na głos, żeby zrozumieć ich prawdziwe oblicze. Tylko głośne mają sens. Po cichu nic nie ma sensu. Tak jak z miłością. Po co kochać po cichu? Lepiej głośno, z przytupem, po ludowemu. W końcu lepiej być idiotą przez pięć minut, niż być nim przez całe życie.
Nareszcie rozumiem o czym śpiewała Katy Perry. Dziewczę na bank pisało pieśń ową w trakcie chorobowego majaczenia, bo ja w delirce grypowej czuję się tak samo - najpierw mi gorąco jak cholera, a za chwilę się trzęsę jak trupioblady Leo di Caprio aka Jack w "Titaniku". Moją Rose będzie dzisiaj Gyro. Wyschniętymi ustami wyszeptam mu jak przyjdzie po kasę, żeby zrobić mi zakupy: "Promise me... Promise me... you will buy me Gripex". Zgięło mnie wpół i jedyne co potrafię robić to leżeć na lewym boku i prawą ręką klikać "attack again" w fejsbukowych Mafia Wars. Wczoraj w bonusie odkryłem jeszcze Vampire Wars, więc jak wszystkie kulki wystrzelam w Rusków to wpierdalam inne wampiry, a mój avatar wygląda jak Robert Pattinson i podnieca mnie już sama gra nim. To zresztą jedyne podniecenie jakie mogę mieć, wszak odkryłem, że mam problem z erekcją kiedy jestem chory. Dowiedziałem się także, że najchętniej samotny czas spędzam na masturbacji, a psychę w latach 90-tych zryły mi pornole na Polsacie. Nie pamiętam pornoli z Polsatu, pamiętam za to rżnięcia w telewizjach niemieckich jakie oglądałem na kablówce i to naprawdę mnie jarało. Przestało z wiekiem, bo ile można się jarać czyimś jękiem i wytryskiem? Teraz porno pochłaniam jak gumy do żucia, czyli hurtowo (bo gum wciągam paczkę dziennie), a najbardziej lubię sobie wieczorny seansik zrobić. Ja, pornol i czipsy. I jestem w niebie.
Wczoraj, czy to przedwczoraj usłyszałem: "bo mnie się wydaje, że Ty nie masz serca". I mnie wmurowało. Zgadza się, charakteru najłatwiejszego nie posiadam i daleko mi do rozumowań w stylu Paris Hilton. Bliżej mi do masochistycznej Amy, którą miłość wykańcza, gnoi, niszczy, a ona chce więcej. Bo ja czuję tylko jak cierpię. Jak podświadomie nie mam pewności swojego szczęścia. Czasami zdarza mi się je nawet wypierać. Bo skomplikowane smakuje mi lepiej. Bo przyprawione. I może nie biegam z miśkami, niedźwiadkami i pluszem innym pod pachą, nie wpierdalam sobie róż w zęby, bo mnie nie pojebało na tyle, żeby usta sobie kolcami kaleczyć, może nie śpiewam serenad i wierszy nie układam, nie tulę się w miejscach publicznych, by móc nadal od innych tego wymagać (skoro sam nie praktykuję), ale... jestem, spalam się, mimo że "kocham" nie przechodzi mi przez gardło tak łatwo jak wymioty (a wymiotować akurat lubię). I co, jestem gorszy, bo nie epatuję kochaniem jak te wszystkie popierdolone telewizyjne postacie? "Kochanie", "kotku", "kocham Cię", "ja Ciebie też". -Chuj Ci w dupę! -Dawaj! To jest dla mnie kochanie! A nie takie lizanie się, macanko po brzuszku, motyle w pępuszku, do cipki po kolei po jednym paluszku. I może rzeczywiście sprawiam wrażenie osoby zimnej, może jestem kupą gówna, ale nie taką zwykłą. Jestem zupgrade'owaną kupą gówna. Wszak jestem kupą gówna, która czuje. Przyrodniczy fenomen?
Czy ktoś zna ŁADNĄ parę? Nie mam tu na myśli żadnych celebrytów ino zwykłych ludzi. Kobietę + mężczyznę, mężczyznę + mężczyznę lub kobietę + kobietę. Bo dociera do mnie pewna rzecz kiedy ulicami chodzę, a wręcz pewne kuriozum. Dlaczego do kurwy nędzy najobrzydliwsi ludzie mają u boku lśniącą piękność? Dlaczego głupi są zawsze z mądrymi? W czym tkwi sekret? Nie kupuję bajki o przeciwieństwach. To za proste, za banalne. Musi być inne wyjaśnienie. Mam tylu znajomych, 90% z nich jest singlami. Inteligentni, sexowni, piękni wewnętrznie i... nic. Psychodeliczne relacje, po których najbezpieczniej się pociąć w obawie, że może kiedyś wrócą. Miłości tragiczne. Wypalające od środka. Może to zła karma, ale... Oprócz tej kwestii nęka mnie kolejna - ludzi zbrzydli. Oglądając fotografie aktorów z lat 40-70-tych padam z zachwytu. Piękne twarze, klasyczne usta, kości policzkowe. Oglądając pokazy mody w tygodniu zastanawiam się, co robi ten paszczur na wybiegu? Czy klasyczna uroda odeszła do lamusa? Czy będziemy już do końca zalewani brzydotą? I dlaczego brzydota jest na czasie, czemu jest sexy? Czy klasyka jest passe?